Wychowując dziecko w… Norwegii
Norweski sposób wychowania określa się jako „zimny chów”. Co to jednak dokładnie oznacza i na ile norweskie dzieciństwo różni się od polskiego? Na jaką pomoc mogą liczyć norwescy rodzice od państwa i jaki mają sposób na tamtejszą pogodę? Postanowiliśmy się o tym przekonać.
 
 
Świeże powietrze to podstawa
 
Norwegowie dużo czasu spędzają na dworze. Z konieczności? Bynajmniej! To prawdziwa przyjemność, którą czerpią w miarę możliwości. Również dzieci przyzwyczajane są do przebywania na świeżym powietrzu i to od najmłodszych lat. Warunki atmosferyczne nie mają tu żadnego znaczenia.
 
Norwegia nie należy do ciepłych krajów. Średnia temperatura roczna jest niska, natomiast opady stosunkowo wysokie. Oczywiście to nasz punkt widzenia, dla Norwegów taka aura jest jak najbardziej normalna. Dlatego też nie mogą oni uzależniać ilości spacerów od pogody, bo w takim przypadku zdecydowanie większą część roku spędziliby w domach.
 
Norwegowie mówią, że nie ma złej pogody – to ubranie może być złe/nieodpowiednie. Dzieci hartowane są niemal od urodzenia, spędzają na dworze bardzo dużo czasu, biegają, jeżdżą na rowerach, skaczą i grają nawet podczas deszczu. Ostatecznie od czego są ubrania przeciwdeszczowe?
 
 
Rodzice vs dzieci
 
Rodzice w Norwegii mają dość racjonalne podejście do wychowywania swoich pociech. Mówi się, że norweskie wychowywanie to tzw. „zimny chów”. Nie oznacza to jednak, że dzieciom nie okazuje się tam czułości lub też stosuje się nadmierną dyscyplinę. Chodzi o to, że maluchy od początku są uczone szeroko pojętej samodzielności. Nikt tam się nad nimi nie użala, ani nie przyznaje prawa do przysłowiowej taryfy ulgowej. Jeśli dziecko przewróci się w czasie zabawy, samo wstaje i biegnie dalej. Katar nie jest powodem do paniki, a gorączka do 39 stopni nie stanowi pretekstu do podania jakiegokolwiek leku (organizm powinien bronić się sam). Natomiast kiedy malec ma gorszy dzień i usiłuje wyegzekwować coś dąsami, fochami lub krzykiem, jest po prostu ignorowany. Rodzice nie zwracają w takich sytuacjach uwagi na sceny urządzane przez ich pociechę. Może sobie krzyczeć, tupać nogami, a nawet tarzać się po podłodze ile chce. Rozmowa zostanie przeprowadzona dopiero wówczas, kiedy się uspokoi.
 
Norweskie maluchy nie są ograniczane nadmierną troską ich rodziców. Nawet 2latki mogą się swobodnie oddalać od matki, biegać, wdrapywać na drabinki na placu zabaw, bawić narzędziami czy poznawać inne, niekoniecznie przeznaczone dla nich przedmioty/tereny. Rodzice są spokojni i pozostawiają dużą swobodę działania swoim dzieciom, nie strofują ich groźbami i przestrogami typu „nie wchodź tam bo spadniesz” lub „nie dotykaj tego, bo się skaleczysz”. Maluchy więc korzystają z możliwości wyboru co i w jaki sposób chcą robić.
 
Swoboda ta dotyczy również kwestii jedzenia. Norwegowie nie podporządkowują się zasadom, które dyktują co, w jakich proporcjach i porach dnia powinno jeść dziecko. Jeśli malec nie ma ochoty na jedzenie w czasie obiadu, po prostu wstaje od stołu. Z kolei jeśli stwierdzi, że nie lubi warzyw, to ich nie je. W przypadku, kiedy kręci nosem na szynkę położoną na kromkę chleba, zostaje ona usunięta i posiłek składa się z pajdy z masłem. Norwescy rodzice nie pouczają swych pociech, że „trzeba jeść jarzynki, bo są zdrowe”, ani też nie biegają za dzieckiem z łyżeczką w ręku i błaganiem, aby zjadło choć jeden kęs.
 
Rozwój norweskich dzieci przebiega w luźnej atmosferze, przy pełnym wsparciu rodziców. Nie podlegają oni presji otoczenia, która nakazywałaby im przyspieszać niektóre tematy, np. moment odstawienia od pieluch. Wszelkiego rodzaju „wyścigi” dokonań czy talentów dzieci nie mają tam miejsca.
 
W procesie wychowywania norweskich dzieci unika się jakichkolwiek porównań w celu wartościowania. Maluchy nie są stawiane w roli zwycięzcy/przegranego czy też lepszego/gorszego. Zrezygnowano również z wystawianiem ocen za osiągnięcia w nauce czy sporcie na wczesnym etapie edukacji.
 
Nie uświadczy się tam również jakichkolwiek oznak stosowania przemocy wobec dziecka. Wszelkie kary, krzyki czy klapsy, a nawet poszturchiwanie w celu pospieszenia guzdrającego się malca są w Norwegii nie do pomyślenia. Jeśli jednak dojdzie do czegoś podobnego, świadkowie takiego zajścia mają obowiązek zawiadomić odpowiednie służby dbające o prawa i wolność dzieci.
 
Dziewczynki i chłopcy wychowywane są w Norwegii w taki sam sposób, tzn. bez różnic powodowanych przez ich płeć. Wszystkie dzieci zachęca się do tych samych aktywności, stawia się im te same wymagania i nie ukierunkowuje na stereotypowe zachowania/upodobania/predyspozycje. Naturalnie każdy może sobie wybrać czym chce się bawić i czy lubi kolor różowy czy też niebieski, jednak nic nie jest narzucone. W konsekwencji przekłada się to na stosowany przez dorosłych podział obowiązków, które nie są dzielone na kobiece i męskie. Dotyczy to wszystkich aspektów życia Norwegów – pracy, opieki nad dziećmi, prowadzeniem domu.
 
 
Norweskie szkolnictwo
 
Przedszkole w Norwegii nie jest obowiązkowe, za to szkoła jak najbardziej. Nauczanie podstawowe (Grunnskolen) dzieli się na: szkołę podstawową (Barneskole) od 1-7 klasy i gimnazjum (Ungdomsskole) klasy od 8 do 10. Edukacja norweskiego dziecka nie stanowi tak dużego obciążenia finansowego dla jego rodziców, jak ma to miejsce w Polsce. Tam dzieci otrzymują od szkoły wszystkie przybory i materiały dydaktyczne, czyli książki, zeszyty, długopisy – słowem wszystko, czego dziecko będzie potrzebować.
 
Edukacja traktowana jest poważnie, a rodzice zobowiązani są do ścisłej współpracy z przedszkolem/szkołą. Tak więc obecność na wywiadówkach jest obowiązkowa, natomiast indywidualne rozmowy z nauczycielami jak najbardziej wskazane. Nawet norwescy pracodawcy są świadomi wagi tej sprawy i chętnie wystawiają zwolnienia kiedy pracownik musi udać się do szkoły swojego dziecka.
 
Zadania domowe zadawane są w dość nietypowy dla nas sposób. Dzieci w Norwegii otrzymują listę zadań ze wszystkich przedmiotów na cały tydzień. Same muszą sobie rozplanować poszczególne zajęcia i naukę w taki sposób, aby na wszystko starczyło im czasu. Dodatkowo maluchy otrzymują plan pracy na kolejny tydzień. Zawiera on informacje jakie zagadnienia będą omawiane, jakich słówek należy się nauczyć itp. Co piątek odbywa się test z całego tygodnia.
 
 
Ojcowie i matki
 
Opieka nad dziećmi nie jest dla Norwegów zajęciem typowo kobiecym, tak jak ma to miejsce u nas. Tam od obojga rodziców oczekuje się, że w równym stopniu będą brać udział w życiu swoich dzieci. Już od pierwszych dni życia malca zarówno mamy, jak i ojcowie bardzo mocno angażują się w wychowanie i opiekę nad maluszkiem, co nie jest sprawą mody czy masowej fanaberii. Taki stan rzeczy panuje tam od dawna i jest dla wszystkich jak najbardziej naturalny.
 
Typowa norweska rodzina dzieli między sobą obowiązki w taki sposób, aby każdy wykonywał to co (przynajmniej w miarę) lubi, by całość sprawnie funkcjonowała. Żadna praca nie jest uznawana tam za typowo kobiecą lub męską. Sprzątanie, gotowanie czy prasowanie może być wykonywane przez mamę lub tatę, bez konsekwencji w postaci lepszych lub gorszych efektów. Ważne jest, aby obowiązki zostały podzielone pomiędzy rodziców w równym stopniu, aby żadne z nich nie mogło narzekać na przeciążenie lub brak czasu dla siebie.
 
 
Dzieci w oczach państwa
 
Organizacja Save the Children przeprowadziła badania, których wyniki miały wskazać kraj, w którym najłatwiej wychowywać potomstwo. Padło na Norwegię, a potwierdził to Globalny Raport o Rozwoju Społecznym ONZ. Każdy kto zna politykę prorodzinną tego państwa uznałby tę opinię za oczywistą.
 
Norweskie prawo zostało skonstruowane w taki sposób, aby zapewnić dzieciom absolutne bezpieczeństwo. Chodzi tu o zabezpieczenie finansowe oraz ogólnospołeczne. Dodatkowo sami Norwegowie są bardzo zorientowani na dzieci i ich potrzeby, o czym można się przekonać na każdym kroku codziennego życia. Jest tam doskonały dostęp do przedszkoli, niemal w każdej toalecie publicznej jest przewijak, przed sklepami czy ośrodkami kultury są parkingi dla wózków, w hotelach i urzędach funkcjonują kąciki zabaw dla dzieci, a one same w każdym z tych miejsc i w każdej sytuacji mają pierwszeństwo.
 
W Norwegii funkcjonuje Urząd do spraw Ochrony Dzieci zwany Barnevernet (BV). Jest to organ, który kontroluje czy maluchy wychowane są zgodnie z Ustawą o Ochronie Dziecka oraz podejmuje działania w celu zapewnienia dzieciom praw i warunków, które ona gwarantuje. Sława tego urzędu wykracza poza granice państwa norweskiego, gdyż jego działania są często tematem gorących dyskusji. BV ma wielu przeciwników, którzy uważają jego poczynania za przesadzone i zbyt radykalne. Można nawet usłyszeć opinie, że jest to narzędzie do manipulowania ludźmi. Tak mocna krytyka to odpowiedź na prawo do odebrania dziecka rodzicom i pozbawienia ich praw rodzicielskich. Wszystko byłoby w porządku, jednak wiele osób twierdzi, że Barnevernet nadużywa swojej władzy i odbiera dzieci z błahych powodów. Problem polega na tym, że w Norwegii jest wielu obcokrajowców, którzy wychowują dzieci wg własnych zasad. Niestety często nie są one akceptowane przez Norwegów, np. krzyczenie na dziecko lub zmuszanie go do zjedzenia obiadu absolutnie nie powinny mieć miejsca, podczas gdy jest to zachowanie nie wzbudzające krytyki u mieszkańców wschodniej Europy (którzy stanowią sporą część mniejszości narodowej w Norwegii). Różnice kulturowe stanowią punkt zapalny w tej sprawie. W Norwegii uważa się, że to jak są wychowywane dzieci nie jest wyłącznie sprawą rodziców lecz całego kraju. Dlatego właśnie dla dobra jednostki oraz całego społeczeństwa BV otrzymało prawo rozdzielania rodzin. Należy pamiętać, że trudno w tej sprawie o obiektywną ocenę. Głosy krytyki pochodzą ze strony poszkodowanych, co absolutnie nie dziwi. Istnieje przecież druga strona przysłowiowego medalu – rodziny, które są zadowolone z faktu istnienia Urzędu do spraw Ochrony Dzieci. Co by nie było, ma on na względzie przede wszystkim dobro dziecka.
 
W Norwegii rodzice mogą liczyć na dotacje na dziecko, które bez wątpienia ułatwiają temat wychowania. Pieniądze należne z tego tytułu muszą jednak zostać przeznaczone na konkretne cele, czyli potrzeby malca, np. dodatkowe zajęcia pozalekcyjne, wyjazdy na wakacje lub wyprawka szkolna. Dodatek rodzinny jest priorytetowym instrumentem wspierania rodzin w tym kraju. Przysługuje na każde dziecko do 18. roku życia (niezależnie od tego jak liczna jest rodzina), bez względu na status materialny rodziców, a wynosi 11 tys. koron (ok. 6 tys. zł) rocznie. Dzieci samotnych rodziców otrzymują dwa razy więcej.
 
Dodatkowym ukłonem w stronę rodziców są urlopy rodzicielskie. Kobieta, która planuje zajść w ciążę nie musi obawiać się o pracę, gdyż urlop macierzyński, a potem wychowawczy nie jest źle widziany. Poza tym funkcjonuje tam sprawny system zastępstw, który daje poczucie bezpieczeństwa młodym rodzicom. Urlop przysługuje również norweskim tatusiom, z czego chętnie korzystają (prawie 90% ojców). Urlop rodzicielski trwa od 46 do 56 tygodni. Po zakończeniu tego okresu mama podejmuje decyzję czy wraca do pracy czy też woli poświęcić się wychowaniu malca. Jeśli zdecyduje się na tę drugą opcję, otrzyma od państwa 39 tys. Koron rocznie (ok. 20 tys. zł). Może też podjąć pracę na część etatu i posyłać dziecko na kilka godzin do przedszkola - wówczas również dostaje dodatkowe pieniądze od państwa.